Pallotyński Instytut Historyczny

PIH: Materiały źródłowe (Nr 9)

Pallotyni w Powstaniu Warszawskim w świetle relacji ks. Henryka Szklarka-Trzcielskiego

Ludomy Wielkopolskie, 8 grudnia 1946

Ks. Henryk Szklarek-Trzcielski, Mój udział w Powstaniu Warszawskim 1944 roku, maszynopis, ss. 16.

Autor, uczestnik Powstania Warszawskiego, zmarł w wieku 103 lat w 2010 r. Uroczystości pogrzebowe ks. Szklarka-Trzcielskiego odbyły się w 22 grudnia w kolegiacie szamotulskiej. Kopię maszynopisu dostarczyła w grudniu 2017 r. do Archiwum Prowincji Chrystusa Króla córka p. Wacława Porczyka-Klatki, również uczestnika Powstania Warszawskiego.

We wspomnieniach ks. Szklarka-Trzcielskiego pojawiają się pallotyni, wymienieni z imienia lub nazwiska: ks. Walerian Pączka (1909 – 2001), zastępca dziekana Grupy „Północ” i kapelan zgrupowania „Róg”, ps. Germen; ks. Adam Wiśniewski (1913 – 1987), kapelan batalionu im. Stefana Czarnieckiego AK Grupy „Północ”, ps. Łukasz, ks. prowincjał Jan Maćkowski (1902 – 1952), ks. Michał Kordecki (1912 – 1983), kapelan AK Grupy „Północ”, ps. Augustyn.

********

A już chyba tylko uznanie w superlatywach, trzeba by wypowiedzieć pod adresem pracy księży archikatedralnych z ks. Kliszko oraz zakonników: jezuitów, kapucynów i pallotynów. (s. 3)

Zgrupowanie płk. Pawła ulokowało się w Pałacu Raczyńskich przy Długiej, obok kościoła Paulinów. Najpierw przeprowadziłem inspekcję komórki duszpasterskiej. Niestety, nie mogę sobie przypomnieć ani pseudonimu, ani nazwiska rodowego owego kapelana, który tam sprawował funkcje duszpasterskie. Wysoki, szczupły, w stule i komży uwijał się wśród rannych, jak pracowita mrówka. Oznajmił, iż niczego nie potrzebuje, bo jest z pobliża. Coś mi się majaczy, jakoby mi mówił, iż jest pallotynem i czy nie przedstawił się jako ks. Wiśniewski?! [s. 6] Dowództwo wojskowe tego zgrupowania w osobie płk. Pawła przyjęło mnie nader życzliwie i oznajmiło mi, iż w sprawach religijnych całkowicie da posłuch moim instrukcjom. Zostawiłem adres swojej kwatery oraz podałem, iż w razie niezastania mnie, można się zwrócić do Księży Pallotynów, do księdza Germena, który ofiarował się w razie konieczności mnie zastępować. (s. 5-6)

[...] było charakterystyczne spotkanie moje z tamtejszym kapelanem, którym okazał się o. Paweł jezuita (J.W.). [....] zaznaczyłem wobec tego przy pożegnaniu, że w razie jakichś trudności ma się zgłosić do willi końcowej z prawej strony ul. Barokowej, tam można mnie zastać, lub do Księży Pallotynów u księdza Germena. (s. 6)

Wówczas duża była ilość zabitych powstańców w sąsiednim skrzydle, należącym już do budynku dawnej Kurii Polowej. Dla rannych urządzono szpital w podziemiach owego muzeum [od ul. Miodowej]. Ponieważ dołączono także rannych żołnierzy niemieckich, więc skorzystałem ze znajomości z ks. A.J. (ps. nie pamiętam), który doskonale władał tym językiem i poprosiłem go, by objął nad tym szpitalem swoją opiekę. Zresztą był on obsługiwany doskonale przez Księży Pallotynów. Również i sam doraźnie w nim posługiwałem. Tutaj bliżej poznałem się z ks. Kordeckim, także z tej kongregacji, który, o ile mnie pamięć nie zawiodła, obsługiwał szpital powstańczy Długa 23 w podwórzu oraz poznałem także księdza Germena, również pallotyna. Pierwszy wsławił się swoją ruchliwością i darem łatwości obcowania z ludźmi, a w szczególności zasłynął z umiejętności obcowania z chorymi, którzy jak wiemy są bardzo niecierpliwi, a nieraz nieznośni. Drugi, ks. Germen był raczej typem skupionym, może więcej zamkniętym w sobie, lubiący imponować. Oddał mi wielkie przysługi, gdyż sam zaofiarował się z wyręczeniem mnie w pracach biurowych. Oddałem mu przeto pracę druków, kart zgonów, instrukcji zawierających również facultates i sporządzanie woreczków [w woreczkach składano przedmioty osobiste, znalezione przy poległych powstańcach]. I dobrze, że się na to zgodziłem, bo w dwa dni później zostałem ciężko ranny i musiałem z walki się wycofać. Jak się później dowiedziałem, został wyznaczony przez płk. Wachnowskiego moim zastępcą. Podczas, gdy ja wychodziłem z założenia, iż jak najmniej trzeba wprowadzać do administracji duszpasterstwa powstańczego biurokracji, to on rozpoczął swoje urzędowanie od sporządzenia sobie pieczęci z napisem..... treści napisu nie pamiętam. Pieczęć ta dziwnym zbiegiem okoliczności długo wędrowała za mną, aż wreszcie dosięgła mnie u OO. Kapucynów; doręczył mi młody, nieznany podchorąży, a odebrał ode mnie po kapitulacji Starówki, w chwili, gdy mnie Niemcy internowali, o. Alfons, wraz z legitymacją powstańczą.

Tutaj, przy mojej kwaterze przy ul. Miodowej wydarzył się około 13 sierpnia tragiczny wypadek. Mianowicie spadł, albo zastrzelony, albo z powodu zbyt niskiego opuszczenia się, zahaczając o szczyt gmachu, duży aeroplan kanadyjski. Zwłoki sześciu młodziutkich Kanadyjczyków były prawie spalone, zostały tylko kadłuby. Gdy przybyłem na miejsce wypadku, ciała były już ułożone pod ścianą, a dokumenty ich, któryś z oficerów mi doręczył. Na mapach podlepionych na czystym jedwabiu, Plac Krasińskich był czerwono podkreślony. Młodzi to byli ludzie, co wykazały dokumenty, które nie uległy zniszczeniu, oraz że wszyscy byli Kanadyjczykami, a nie jak przypuszczano Polakami. Pochował ich w mojej nieobecności ks. kap. Germen. Nazajutrz, za spokój ich duszy oraz za naszych powstańców poległych na Starówce, odprawiłem Mszę św. w piwnicy Hotelu Polskiego, a służył mi do niej sam książę Janusz Radziwiłł. (s. 11)

Ułożyli mnie bracia zakonni [kapucyni] pod murami kościoła św. Wojciecha na Woli. [... Około południa następnego dnia] weszła do podziemia młodziutka, może 16-letnia sanitariuszka [...] prosiłem ową dzieweczkę, by mając względną swobodę rozejrzała się, czy przed kościołem nie ma jakiegoś księdza. „Ach to pan jest księdzem”. Gdy przytaknąłem zerwała się jak sarenka i pobiegła. Za chwilę stało nade mną dwóch mężów Bożych. Od razu poznałem w wyższym ks. Maćkowskiego, prowincjała Księży Pallotynów, a drugi, jak się później okazało braciszek, również z tego zakonu. Ponieważ głowę miałem obandażowaną, ks. Prowincjał mnie nie poznał, a dobrze mnie znał, gdyż często spotykaliśmy się u zmarłego ks. Paulińskiego, rektora Pallotynów przy kościele garnizonowym. Również spotkałem się z nim w czasie powstania, to też przedstawiłem mu się jako Szmytkowski i Trzcielski. Od razu mnie poznał i zaraz przystąpił do udzielenia mi pomocy. Dał mi i towarzyszowi do napicia wina, co było dla nas boską ambrozją, bośmy nic od dwóch dni nie mieli w ustach. Potem braciszek wciągnął mi na nogi skarpety, by mi było cieplej. A już nieocenioną pomocą było spowodowanie tego, iż Niemcy kazali nas wynieść na powietrze. Ks. Prowincjał Maćkowski nie poprzestał na tym, zabiegał u Niemców, bym mnie kazali i towarzysza, odesłać do szpitala. Zabiegom Bóg błogosławił, bo zjawił się esesman z czterema powstańcami i konwojentami niemieckimi, uzbrojonymi po same uszy i tak znaleźliśmy się w drodze do szpitala. (s. 14)

Tak zdaniem moim powinni być promowani: [...] III. na majorów: [...] kpt. ks. Germen. [s. 16]

Oprac. i przygotował do druku ks. Stanisław Tylus SAC


Warto dołączyć

Warto wiedzieć

Warto posłuchać

Warto wspomóc

Jak do nas trafić